Kryzys Donka.
Puk, puk, słychać z oddali łagodne w drzwi stukanie.
Nikt nie zwraca uwagi, wszyscy się bawią i panowie i panie.
Wesoło krąży paradny korowód uśmiechniętych twarzy
którym objęcie dożywotnich stanowisk tak bardzo się marzy.

Puk, puk, puk, wzmocnione w drzwi silne uderzenia
nie robią na bawiącej się ferajnie żadnego wrażenia.
Lecz pukanie w jakieś mocne kopnięcia się zmienia,
„Jacku, podejdź do drzwi i powiedz, że nas tu nie ma”.

Jacek przez dziurkę zerka i nie przychodzi mu do głowy,
że widok przysłania mu założony wcześniej wieniec laurowy.
Wszystko jest dobrze, w porządku, relacjonuje swe posłanie,
jesteśmy na zielonej wyspie, bawmy się najdroższy mój panie.

Hałas się zwiększa a grzeczne dotychczas pukanie
coraz bardziej się nasila, zmienia się w groźne łomotanie.
Stanę przy drzwiach, mówi Donek, i nie wpuszczę dziada,
drzwi są zamknięte, idź gdzie chcesz, tutaj trwa moja biesiada.

Ustało pukanie, cieszą się wszyscy lecz w tym momencie łomot wielki,
to tylko samolot, strzelają korki szampana z ruskiej butelki.
Teraz dopiero szczęśliwy, wesoły bal rozkręcać się zacznie
lecz Donek niespokojnie wkoło zerka, patrzeć zaczyna bacznie.

Coś mi się tu nie zgadza, tam gdzie była kopalnia – zasypana dziura,
gdzie elektrownia, huta, fabryka, cementownia gdzie dymu była chmura,
gdzie się podziały stocznie, statki rybackie co łowiły dorsze a nawet śledzie
teraz wszędzie pełno bezrobotnych widać, chyba dobrze się im wiedzie.

Pójdę na wieś, sprawdzę co słychać, z której strony wiatr wieje.
Popatrzę czemu zamknięte szkoły, sklepy, co na zielonej wyspie się dzieje.
Wreszcie zniknęły drewniane chałupy, strzechy i chłopskie fury,
wzdłuż dawnych ulic stoją nowe banki, Biedronki i różne Carrefoury.

Przepiękny widok, aż dech w piersi zapiera, serce łomocze.
Skończyła się autostrada, stoją maszyny, wkoło tylko pobocze
rozkopanej drogi przez wieś w której życie dawniej tętniło.
Zostało parę starców a młodzi ludzie kraj zamieszkania zmieniło.

Co się dzieje, w mieście nie pracują, na wsi stare dziadki,
kto będzie spłacał moje długi, od kogo ściągnę olbrzymie podatki
by płacić moim sługom, klakierom i całej tej krzyczącej hołocie
co o pracę i chleb dla rodziny woła, stojąc głodna w grząskim błocie.

Jest, jest, krzyknął Donek widząc dużego, potężnego grubasa,
to wzór moich marzeń, model, jak sześciolatków pierwsza klasa.
Kim jesteś, pyta Donek mocno zdziwiony. Jestem kryzys którego karmiłeś,
a w Polsce jestem, bo wszedłem i rządzę za ciebie, gdy ty się piłką bawiłeś.

Wrzesień 2013 r. Szkrobok.