„Boże Ciało” we wspomnieniach starzyka.
Ciąg dalszy – Od „Bożego Ciała” do Świętych Piotra i Pawła.

Starzik trocha kuckoł, bolało w plecach, w gardle go lekko dropało,
bez toż dali my mu pokoj, bo mu się ani siedzieć, ani godać nie chciało.
Pora dni minyło i jak już był lepszy godo:” Możecie przyjść ku mnie,
to wom dokończa coch zaczon, a co jeszcze ostoło w moim rozumie”.

„Na czym my to stanyli” pyto,a jo – „o tej dziołsze coście jom za baba chcieli,
coście z tych wszystkich fajnych dziołch z procesyji se upatrzyli i nie powiedzieli
czy to je naszo starka, czy to jako inkszo dziołcha była co się wom spodobała,
czy tyż była s Wami w tym lesie na tej zabawie i ino z Wami tańcowała?”

„Ty mi tu nudli na uszy nie wieszej, jeszcze mom w głowie tela rozumu
by o takich rzeczach nie godać. Nie godołech o tym ani wom, ani nikomu.
Starka wie, kaj i jak my na sia trefiyli, to może ona wom kiedyś opowie,
jo zaś powiym, jak to ta nowo moda jednej dziołsze nie wyszła na zdrowie”.

Wedle przepisu, przed weselem młodzi trzy razy musieli spaść z ambony.
Kołocze po cołkiej wsi rozniesione, dlo dzieci kupione fajne bombony.
Wszystko gotowe, młody pon ze starostom i swoim ojcem fajnie obleczony
czako na placu pod kościołem aż przyjadom goście i rodzina przyszłej żony.

Młodo wyszła z kolasy, ojciec jom pod pacha po schodach do kościoła kludzi
a młody miast lyść za niom, stanył i stoi, oczami zaglondo wkoło na ludzi,
roz na młodo co w krótkiej, nowej kiecce do kościoła już przekroczała progi –
„Nie byda się żenił -godo – piyrwszy roz widza, że ona mo krzywe nogi”.

Co się potym dzioło, lepiyj nie godać wcale. Jedni zamiast coś zjeść- ino piyli.
Wesela nie było, za to chaja w cołkiej wsi, niekierzy aż sie gemby fest objyli.
Wszystko i tak sie za pora lot dobrze skończyło. Ona w długiej kiecce się wydała,
on wyjechoł do miasta, tam się ożenił, bo tu żodno dziołcha godać s nim nie chciała.

Teroz wom powiym co się richtik w Jedłowniku w 1848 roku dzioło.
Na cołkim prawie Ślońsku była wielko susza, na polach wszystko usychało.
W studniach brakowało wody, na beszongach trowa nie rosła i nie szło paść ani kozy,
z bjydy wybuchł taki dur brzuszny, że co dziesiątego umrzytego ino ładowali na wozy.

Bjyda okropno, głód i choroby, niekierzy jak się przewrócili – już nie stowali
a Pon Bóczek na tak doświadczono klenskami wieś, jeszcze ogromno burza zesłali.
Dyszcz a potem grad strzaskoł wszystko. Konski lodu jak gensie jajca abo jakeś bryły leżały na polu, jakby poukłodane w słomionce na sprzedoż przyrychtowane były.

Jeszcze się tyn lód nie roztopjył jak przyszła nowo chmura a z niom wichura.
Wiater tak dmuchoł, że wyrywoł stromy z korzeniami, zrywoł dachy, że ino dziura
miendzy murami chałup została, wszystko fjurgało w lufcie, nawet ściany obalyło
a tam kaj były stare chałupy, to do dna wszystko wymiytło, prawie niczego nie było.

Wieżo kościelno też nie obstoła a jak sie na kościół walyła
to jeszcze połomała dach, padła na organy i je mocno rozwalyła.
Godom wom, wszystko jak w Piśmie Świentym pisane, istno Sodoma i Gomora,
wszystko uciyrpiało tak, że się nie ostała żodno chałupa, żodno stodola czy obora.

Jedna była ino pociecha co od wieków w tym polskim narodzie siedzi,
że w bjydzie, jedni drugim pomogajom choby to byli powadzeni sąsiedzi.
Wszyscy wzieni się do kupy, kaj ino mogli pomóc, cosik zrobić, zmajstrować,
a ze Ślońska tyż przychodziyło jodło i wszystko by się na nowo pobudować.

Długo to wszystko trwało ale kożdy pobożny ślonzok to rozumie,
że bez Bożej pomocy, choby stował o północy, nic zrobić nie umie.
Bez toż już w rok po tej okropnej tragedii, od tej jak to godali Bożej kary,
chyciyli się roboty przy kościele, czy to baba, czy chłop młody czy stary.

Chenci były wielkie, ale pieniędzy mało. Stykło ino połotać wszystkie dziury
a tu trza było wymienić prawie wszystkie stare popukane drewniane mury.
Dziepiyro w 1888 roku, ks. Ring jak dostoł pieniądze z Westfalii i cołkiego Ślońska
chyciył się budowy i rozbudowy by kożdymu stykło pod dachem kościelnego konska.

Tak to się poukłodało,że powstoł fajny, większy kościół, w części nowy.
Starsi ludzie poumierali, młodych przybyło ale żodnymu nie przyszło do głowy
by, co było objecane, w durch nowym kościele do świentego Antoniego żykać.
Po 100 latach, Antoniczek o tym przypomnioł, a jak? Musicie se sami poczytać.

„Starziku – pytom- jak to Świenty, co już wieki nie żyje o coś się może upomnieć,
w takie bery bojki żoden nie uwierzy, fajnie się słuchało ale trza o tym zapomnieć”.
Syneczku, tak żech se myśloł, ale jak se poczytosz, przemyślisz,wszystko zbjeresz do kupy
bydziesz wiedzioł, żech ci tu wody nie loł ino doł talyrz a som se uwarzysz swojij zupy.

Na koniec czerwca dycki my chodziyli na odpust Piotra Pawła do Pszowa.
Tam ksiondz z ambony godoł godzinami, co i jak było, co je dzisiaj i zaś od nowa,
ruszoł się cołki, kiwoł głowom i rękami aż roz, ministranty mu na złość zrobiyli
i na ambonie, pod pjyknom biołom dekom, co konsek pora cweków podłożyli.

Ksiondz godoł: „Świenci Piotr i Paweł, to były takie dwa – piznoł rekom w ambona-
– pierońskie ministranty” dokończył po cichu a ludzie słyszeli, że zaklon „pierona”.
Skończył kozanie, wloz do zakrystii, myślołech, że teroz ministrantów ukorze
ale on za chwila zaczon odprawiać mszo, na ręce mioł ino bioło czerwone bandarze.

Tak to my dojechali do końca czerwca w kierym roboty kożdego roku było wiela.
Skoszono trowa sie przewracało, suszyło, by nie zmokła, zbjyrało w kupki nawet w niedziela.
Czas i mnie się chycić swojej roboty, lato się zaczło, za chwila bydymy kosić,
musza wyklepać i naostrzyć kosy, naprawić widły, grabie, by się potem nie prosić.

Szkrobok.

Comments are closed.

Post Navigation