Kocham Cię Matko.

Matko, kocham Cię.
Tak jak może Cię kochać zwyczajny, prosty człowiek
powtarzać będę te słowa nim śmierć zajrzy do mych powiek,
nim zamkną się na wieki moje usta, moje oczy, głowa.
Czy Ty usłyszysz wśród milionów głosów moje słowa ?
Kocham Cię Matko.

Matko, kocham Cię.
Powtarzam te słowa bo płyną one z serca mojego
choć w ciągu swego życia trudno znaleźć mi coś dobrego
co Ty mogłabyś zauważyć, lecz mocno w to wierzę,
że Ty kochasz wszystkich, a do nich przecież i ja należę.
Kocham Cię Matko.

Matko, kocham Cię.
Wspominam te dni gdy wraz z innymi pielgrzymami
mogłem maszerować Twego Syna krwawymi śladami,
gdzie Twoje serce z żalu wielkiego pękało w Twym ciele,
jak patrzyłaś na cierpienia swego Syna i jego ran wiele.
Kocham Cię Matko.

Matko, kocham Cię.
Choć ciężko ogarnąć mi moje winy, zdać sobie sprawę, że to ja
jak wielu innych, przyczyniłem się do wszystkiego tego zła
które doprowadziło do śmierci krzyżowej Twojego Syna i Twej rozpaczy,
proszę Cię o przebaczenie i pośrednictwo w tym, że i Bóg mi wybaczy.
Kocham Cię Matko.

Matko, kocham Cię.
Przekonany o Twej bezgranicznej dobroci, miłości do ludzi
mam nadzieję, że zanim mnie głos anioła z ostatniego snu obudzi
będę mógł Ci podziękować za wszystkie łaski, a moje usta
będą mogły wyszeptać po raz ostatni:
Kocham Cię Matko.

Sierpień 2016 r. Andrzej Prokop.mbnp4_20060515_509719870.jpg

figurka-na-tort-dziadek-z-okazji-urodzinRozmyślania o starości.

Nie wiem czy to, co chcę napisać, powiedzieć na temat starości
nie wzbudzi w czytelnikach zbyt wiele protestów, wątpliwości.
Sam chciałbym wierzyć w to, co wiele ludzi głosi, deklaruje,
że człowiek ma tylko i aż tyle lat, na ile się czuje.

Można przecież być młodym starcem lub starym młodzieńcem
który w aureoli osiągnięć, dokonań stroi głowę laurowym wieńcem.
Można w młodości osiągać wielkie cele, hydrze urwać łeb,
starość zaś spędzać w nędzy, zapomnieniu, żebrać o chleb.

Jakie więc tu należy przyjąć kryteria, jakie oceny starości,
czy może nimi być wiek, przeżycia, zdrowie czy ból kości?
A może to psychika, osobiste odczucia, myśli, wspomnienia
a może to wszystko razem uwzględniając dodatkowo wpływ otoczenia?

Przeżyłem już lat wiele, słabiej słyszę, tracę powoli wzrok, mam siwe włosy,
lecz zawsze cieszę się pięknem przyrody, śpiewem ptaków gdy dojrzewają kłosy
w łanach zbóż, szumem drzew, szemraniem strumieni, podziwiam morze,
wspominam górskie szlaki, wspinaczki, wyprawy, – czy to starość Mój Boże?

Czy gdybym w młodości hulał, skakał z kwiatka na kwiat,
miałbym może więcej wspomnień, piękniejszym byłby mój świat?
A może odwrotnie, może zniszczyłbym siebie, zmarnował innym życie,
pozbawił wspomnień, dobrego imienia, skazał siebie na „nie-bycie”?

Analizując to wszystko od początku, skrupulatnie, powoli,
wnioskuję, że życie każdego człowieka niezależnie od jego woli
kołem się toczy od urodzenia do – czasami – ponad stu lat.
Ważne, by pozostawić po sobie miłe wspomnienia i dobry ślad.

A. Prokop.

Napisany częściowo po śląsku przez Andrzeja Prokop w 2015 r. jako „Hymn Emerytów.”
(Śpiewany na melodię: Dziś do Ciebie przyjść nie mogę.)
Twa gemba je zapłakano
przeca nie je doma źle,
ni musisz już stować z rana
do roboty śpjychać sie.
Dyscyplina jakom miołeś
teroz Cie nie obchodzi,
stowosz ino kiedy chciołeś
co na zdrowiu nie szkodzi.
Żodno sprawa czy robota
nie som wcale we wercie
byś stowoł na głos kokota
robotom mazoł rynce.
Jak Ci strzyko, w kościach łomie
weź pilulka, syrop też,
a jak Ci to nie pomoże
to se legnij i se leż.
Przijdom wnuki do zabawy
to mosz wrzasku cołki dom,
powjysz, że mosz ważne sprawy
abo, że już wszyscy śpiom.
Jak i to Ci nie pomoże
godej, że Cie boli krzyż,
choć pjyknie je tam na dworze
Ciebie we łbie łupie tyż.
By Cie smutek już nie tropjył
wspomnij jaki miołeś los,
czy to w słońcu czy deszcz kropjył
jakeś w kożdo dziura wloz.
Wtedy było Ci wesoło
jakeś w łóżku już mógł być,
teroz leżeć możesz stale
i rozmyślać jak tu żyć.

„Hymn emerytów” napisany w 2007 r. na melodię: „My jesteśmy krasnoludki”.
My jesteśmy emeryci – hopsa sa, hopsa sa,
w życia bojach już obyci – – ” –
Niczego się nie boimy – – ” –
na nogach ledwo stoimy – – ” –
Przygniatają nas problemy – – ” –
lecz my się nie poddajemy – – ” –
Bo każdy z nas przecież chwat – – ” –
żyć będziemy ze sto lat – – ” –
Niech więc każdy z nas odpowie – – ” –
czy wypije nasze zdrowie – tak, tak, tak, tak ,tak, tak. A. Prokop.

Idymy na ostrężlice czyli na jeżyny.

Downo, downo tymu, jakech bajtlem był jeszcze

chodziłech do ciotki a po drodze na cześnie

kiere rosły przy drodze od niepamiętnych już lat.

Inksze to było miasto, cołkim inkszy świat.

Teroz Wom powiem, że Pszowską to aż strach chodzić.

Som spacer na cmentorz może Wom zaszkodzić

choć je tam parking, przejście dlo pieszych i konsek chodnika

możesz sie czuć jak małpa w buszu co w gałęziach znika.

Jeszcze niedowno, parenoście lot tymu była tu piyknie

obsadzono skarpa ale wiym, że jak człowiek przywyknie

do bajzlu, metrowych chwastów i dzikich krzoków

wszystko inksze, bydzie zniszczone za pora roków.

Downij brzegi były koszone, zbjyrano trowa,

potym zarosły krzokami, chabeziami, teroz zaś od nowa

-obsadzone nie tak downo piyknymi krzokami-

zarosły na dziko badziywiem, w tym ostrężlicami.

Bez tóż jak przydzie Wom ochota a mocie ino trocha czasu

możecie iść na Pszowsko, zamiast daleko do lasu

by pozbjyrać ostrężlic wiela ino chcecie, cołko kupa

chyba, że Straż Miejsko, za „niszczenie zieleni” chyci Was za …..

Myśla, że tego jednak nie zrobi bo przeca Niesiołowski

kiedyś jodoł z nasypów zbjyrany szczaw i pełen troski

stanie w obronie tych co bydom zbjyrać ostrężlice, bo gdy głód wielki

cosik muszom zjeść niż dojrzeją mirabelki.

PS.

Napisołech to w tutejszej gwarze, by niekiere starzyki i starki

tyż zrozumiały a ni ino przybysze z daleka, inkszej marki

niż Ci, co się tu downo urodzili, rodowite wodzisławskie ślonzoki

co to byli od pradziada, som i dycki bydom prawdziwe poloki.

Szkrobok.

„Boże Ciało” we wspomnieniach starzyka.
Ciąg dalszy – Od „Bożego Ciała” do Świętych Piotra i Pawła.

Starzik trocha kuckoł, bolało w plecach, w gardle go lekko dropało,
bez toż dali my mu pokoj, bo mu się ani siedzieć, ani godać nie chciało.
Pora dni minyło i jak już był lepszy godo:” Możecie przyjść ku mnie,
to wom dokończa coch zaczon, a co jeszcze ostoło w moim rozumie”.

„Na czym my to stanyli” pyto,a jo – „o tej dziołsze coście jom za baba chcieli,
coście z tych wszystkich fajnych dziołch z procesyji se upatrzyli i nie powiedzieli
czy to je naszo starka, czy to jako inkszo dziołcha była co się wom spodobała,
czy tyż była s Wami w tym lesie na tej zabawie i ino z Wami tańcowała?”

„Ty mi tu nudli na uszy nie wieszej, jeszcze mom w głowie tela rozumu
by o takich rzeczach nie godać. Nie godołech o tym ani wom, ani nikomu.
Starka wie, kaj i jak my na sia trefiyli, to może ona wom kiedyś opowie,
jo zaś powiym, jak to ta nowo moda jednej dziołsze nie wyszła na zdrowie”.

Wedle przepisu, przed weselem młodzi trzy razy musieli spaść z ambony.
Kołocze po cołkiej wsi rozniesione, dlo dzieci kupione fajne bombony.
Wszystko gotowe, młody pon ze starostom i swoim ojcem fajnie obleczony
czako na placu pod kościołem aż przyjadom goście i rodzina przyszłej żony.

Młodo wyszła z kolasy, ojciec jom pod pacha po schodach do kościoła kludzi
a młody miast lyść za niom, stanył i stoi, oczami zaglondo wkoło na ludzi,
roz na młodo co w krótkiej, nowej kiecce do kościoła już przekroczała progi –
„Nie byda się żenił -godo – piyrwszy roz widza, że ona mo krzywe nogi”.

Co się potym dzioło, lepiyj nie godać wcale. Jedni zamiast coś zjeść- ino piyli.
Wesela nie było, za to chaja w cołkiej wsi, niekierzy aż sie gemby fest objyli.
Wszystko i tak sie za pora lot dobrze skończyło. Ona w długiej kiecce się wydała,
on wyjechoł do miasta, tam się ożenił, bo tu żodno dziołcha godać s nim nie chciała.

Teroz wom powiym co się richtik w Jedłowniku w 1848 roku dzioło.
Na cołkim prawie Ślońsku była wielko susza, na polach wszystko usychało.
W studniach brakowało wody, na beszongach trowa nie rosła i nie szło paść ani kozy,
z bjydy wybuchł taki dur brzuszny, że co dziesiątego umrzytego ino ładowali na wozy.

Bjyda okropno, głód i choroby, niekierzy jak się przewrócili – już nie stowali
a Pon Bóczek na tak doświadczono klenskami wieś, jeszcze ogromno burza zesłali.
Dyszcz a potem grad strzaskoł wszystko. Konski lodu jak gensie jajca abo jakeś bryły leżały na polu, jakby poukłodane w słomionce na sprzedoż przyrychtowane były.

Jeszcze się tyn lód nie roztopjył jak przyszła nowo chmura a z niom wichura.
Wiater tak dmuchoł, że wyrywoł stromy z korzeniami, zrywoł dachy, że ino dziura
miendzy murami chałup została, wszystko fjurgało w lufcie, nawet ściany obalyło
a tam kaj były stare chałupy, to do dna wszystko wymiytło, prawie niczego nie było.

Wieżo kościelno też nie obstoła a jak sie na kościół walyła
to jeszcze połomała dach, padła na organy i je mocno rozwalyła.
Godom wom, wszystko jak w Piśmie Świentym pisane, istno Sodoma i Gomora,
wszystko uciyrpiało tak, że się nie ostała żodno chałupa, żodno stodola czy obora.

Jedna była ino pociecha co od wieków w tym polskim narodzie siedzi,
że w bjydzie, jedni drugim pomogajom choby to byli powadzeni sąsiedzi.
Wszyscy wzieni się do kupy, kaj ino mogli pomóc, cosik zrobić, zmajstrować,
a ze Ślońska tyż przychodziyło jodło i wszystko by się na nowo pobudować.

Długo to wszystko trwało ale kożdy pobożny ślonzok to rozumie,
że bez Bożej pomocy, choby stował o północy, nic zrobić nie umie.
Bez toż już w rok po tej okropnej tragedii, od tej jak to godali Bożej kary,
chyciyli się roboty przy kościele, czy to baba, czy chłop młody czy stary.

Chenci były wielkie, ale pieniędzy mało. Stykło ino połotać wszystkie dziury
a tu trza było wymienić prawie wszystkie stare popukane drewniane mury.
Dziepiyro w 1888 roku, ks. Ring jak dostoł pieniądze z Westfalii i cołkiego Ślońska
chyciył się budowy i rozbudowy by kożdymu stykło pod dachem kościelnego konska.

Tak to się poukłodało,że powstoł fajny, większy kościół, w części nowy.
Starsi ludzie poumierali, młodych przybyło ale żodnymu nie przyszło do głowy
by, co było objecane, w durch nowym kościele do świentego Antoniego żykać.
Po 100 latach, Antoniczek o tym przypomnioł, a jak? Musicie se sami poczytać.

„Starziku – pytom- jak to Świenty, co już wieki nie żyje o coś się może upomnieć,
w takie bery bojki żoden nie uwierzy, fajnie się słuchało ale trza o tym zapomnieć”.
Syneczku, tak żech se myśloł, ale jak se poczytosz, przemyślisz,wszystko zbjeresz do kupy
bydziesz wiedzioł, żech ci tu wody nie loł ino doł talyrz a som se uwarzysz swojij zupy.

Na koniec czerwca dycki my chodziyli na odpust Piotra Pawła do Pszowa.
Tam ksiondz z ambony godoł godzinami, co i jak było, co je dzisiaj i zaś od nowa,
ruszoł się cołki, kiwoł głowom i rękami aż roz, ministranty mu na złość zrobiyli
i na ambonie, pod pjyknom biołom dekom, co konsek pora cweków podłożyli.

Ksiondz godoł: „Świenci Piotr i Paweł, to były takie dwa – piznoł rekom w ambona-
– pierońskie ministranty” dokończył po cichu a ludzie słyszeli, że zaklon „pierona”.
Skończył kozanie, wloz do zakrystii, myślołech, że teroz ministrantów ukorze
ale on za chwila zaczon odprawiać mszo, na ręce mioł ino bioło czerwone bandarze.

Tak to my dojechali do końca czerwca w kierym roboty kożdego roku było wiela.
Skoszono trowa sie przewracało, suszyło, by nie zmokła, zbjyrało w kupki nawet w niedziela.
Czas i mnie się chycić swojej roboty, lato się zaczło, za chwila bydymy kosić,
musza wyklepać i naostrzyć kosy, naprawić widły, grabie, by się potem nie prosić.

Szkrobok.

boze cialo 10 „Boże Ciało” we wspomnieniach starzyka.

Po swaczynie, starzyk drzymoł na ryczce przy bifeju. Dzieciska kochane,
by godać co na poczontku a co na końcu czyrwca sie dzioło, musza mieć poukłodane
wszystko po kolei, co i kiedy, w jakim tydniu miesionca sie to dzioło
bo roz było piyknie, za tydzień szpetnie, roz smutno a inkszy roz wesoło.

Słońce pjyknie jeszcze świyci to żeby na trowie nie oblazły mnie jakieś mrówki
wyniyście na dwór wienkszy stołek i dejcie na wiyrch ze dwa, choby stare zegłówki
by mi sie choć trocha miękko siedziało, bych ni mioł potem na zadku pora blazyi
jak wom byda długo godoł o tym, jak my się rychtowali do wielkich procesyi.

One dycki były w czwortek i w niedziela, ale w kiero, to ino faroże wiedzieli
a nom na dwa abo trzy tydnie przed niom z ambony, dycko w niedziela głosić mieli.
Kiere chłopy majom przyrychtować brzózki, kiery mo dać bryczka i konie,
z kierego końca zacznom i przy czyjij chałupie w tym roku jaki ołtorz stanie.

Babom nic nie godoł bo one, jak to baby, wszystko naprzód wiedziały,
nie ino kaj i jak pójdom, ale co kiero mo zrobić a co już przyrychtowały.
Roboty miały richtig kupa, droga podzielono na konski od płota do słupa,
kożdo już tyż wiedziała co zrobi by nojpjyknij wyglondała jej chałupa.

By Pon Bóczek, kierego w monstrancji mioł niyść farorz bez cołko naszo dziedzina
obejrzoł se, że wszystko je piyknie przystrojone, że kaj indziyj tak tego ni ma.
Baby zbjyrały wszystkie ziela, kolorowe gałonski, jakie ino były rozmaite kwiotki
a jak brakło, musieli my je zbjyrać w lesie, co rosnył przy chałupie naszej ciotki.

Ciotka, chałupy niby stroić nie musiała bo jej z drogi widać nie było.
Po co tela roboty, cołko środa plac się sprzontało, dźwiyrze i okna myło,
a dycki świynte figurki i obrozki, kolorowe szlajfki w łoknach wisiały
by Pon Bóczek i wszyscy wiedzieli, że i pod lasem katoliki miyszkały.

Chyba nie muszą wom godać co te baby w chałupach i obyjściu wyprawiały,
niby wszystkie razem stroiły ale jedna przed drugom lepiyj wypaść chciały.
Trza było wszystkie dziury w drodze zasuć pioskiem abo drobnymi kamieniami,
beszongi wyrownać, trowa wykosić ale najgorzyj było z tymi krowieńcami.

Krowy, co to ni miały szacunku dlo naszej roboty, dlo żodnej świentości,
jak szły, robjyły kaj chciały. Pora razy chciołech im przywalić po puklu ze złości
ale dycki żech se pomyśloł, jo mom na swoim placu fajny wychodek a one –
do niego nie wlezom, toż kaj pójdom. Za chwila wszystko bydzie zrobione.

W czwortek rano, jak ino baby wstoły a słońce zaczło wylazować z nad lasu
„stować, stować gibko do roboty, trza ukłodać kwiotki na drodze, ni ma czasu
byście leżeli”. Kwiotki trza było ukłodać wedle mustru co go wykombinowały,
fajniejsze były nasze od tych perskich tepichów co to bez mała w lufcie fjurgać miały.

Czasem tak było, że jak już wszystko było gotowe, przyszoł dyszcz i wichura.
Wszystko fjurgało, trza było gibko zbjyrać co ino szło, kwiotki, obrozki, figura.
Roz pamientom jak chłopom baldachim co go niyśli nad Pon Bóczkiem, serwało,
ludzie pozbjyrali i poszli do kościoła kaj sie na nowo wszystko odbyć miało.

Teroz ni ma już tego zwyczaju jak to piyrwej u nos na Ślonsku było.
W czwortek po procesji się sprzontało, w piontek – pucowało i myło,
zaś w sobota na nowo rychtować wszystko od nowa, dlo chałupy i drogi
by w niedziela procesjo mogła iść tak jak w czwortek, ino po roz drugi.

Teroz to kwiotki sypiom po drodze ino piyrwszo komunijne dzieci,
tepichów z kwiotków prawie nikaj nie ukłodajom. Jak ten czas gibko leci.
Już się tak strojnie nie oblykajom, kiecki i ancugi szyte na nowo moda,
powiym wom, czego jak czego, ale tych starych klajdów richtig szkoda.

Chłop oblykoł świyżo wypucowane na glanc szczewiki, ni jakeś tam stare szkarboły,
na nogi jelenioki abo na kant wybiglowane galoty z czerwonom bizom, co same by stoły,
bioło koszula z fajnom jedbowkom, westa i kapudrok w tym samym modrym kolorze,
chłop, choby nie był szwarny, z kłobukiem na głowie, kożdej babie spodobać się może.

A te baby – starzik zawrzył oczy i sie lekko śmieje – jak one fajnie wyglondały,
jedna od drugij szwarniejszo jak się w te rozmańte, fajne klajdy poprzebjyrały.
Na głowie wierzcheń ze szlajfkami abo purpurka, ze trzy raje korali na kabotku,
na nim jakla, niżej zopaska i kiecka. Tak obleczone dycki w procesyi szły na przodku.

I wybier se z tych fajnych dziołch jedna z kierom chciołbyś być na cołkie życie.
Wszystkie pobożnie idom w procesji jak niewinne anioły, czasem ino skrycie
śmiejom się do ciebie, puszczajom oko, a majom w sobie tako djobelsko moc,
że zamiast rzykać – myślisz, z kierom się tu umówić na ta świentojańsko noc.

Ale wiycie, skuli jednej ni ma co tracić u wszystkich, na wesele jeszcze czas,
trza się było bawić ze wszystkimi w ta najkrótszo w roku noc. Wiela było nas,
wszyscy my się bawiyli, śpiywali, tańcowali w kółko, na rzyka ciepali wionki
ale nigdy my nie znodli kwiotka paproci, nie chycili świetlika ani biedronki.

Zimno się zrobiyło, to my starzika przykryli ciepłom dekom od nóg aż do głowy
a on otworzył jedno oko i godo, że dziepiyro opowiedzioł nom prawie do połowy
tego co się w czyrwcu dzioło. Chwila było cicho. Potem chrapanie. Starzik śpi.
Na dzisiaj koniec, dokończy nom nieskorzyj. Teroz niech mu się pjyknie śni.

Szkrobok.

DSC04244 Ks. Janusz Badura ,Senator RP Adam Gawęda ,Poseł RP Teresa Glenc, Przedstawiciele Władz Miasta i Powiatu Wodzisławskiego , Radnych Miasta i Powiatu ,Szanowni Państwo ,Przyjaciele .!
Pragniemy wyrazić tą drogą wdzięczność za udział w Koncercie zorganizowanym w Hołdzie Ojcu Św. Janowi Pawłowi II Muzyczny Bukiet w Rocznicę Kanonizacji
dnia 24.04.2016 r.w Parafii Św. Herberta w Wodzisławiu ŚL. Dziękujemy tez za złożony dar serca na Hospicjum Domowe ,które zamierzamy z Bożą Pomocą otworzyć dla ludzi chorych na raka Zebrana kwota to 3461 zł za co jeszcze raz bardzo dziękujemy.W imieniu Stowarzyszenia Nasi Mieszkańcy.PL. Zarzad Stowarzyszenia

uwgazetka

Matka Pośredniczka.
Gdy zwątpienia, rozpaczy i smutku las czarny Cię otoczy,
gdy żałość ogromna i ból łzami zaleją Twe oczy,
podnieś głowę wysoko i przez łzy Twoich zdroje
popatrz w niebo, widzisz? Jesteście we dwoje.

Tam nad chmurami, dalej niż na błękitnym niebie
jest Twoja Matka, jest tam i tuż koło Ciebie.
Stoi i łzy roni, cierpi Twoim cierpieniem, rozpaczą,
nie widzisz Jej? Zatrzymaj się, niech Twe zmysły Ją zobaczą.

Stój, zwolnij oddech, nie myśl przez chwilę małą,
zamknij oczy, nie płacz. Czujesz jak ogarnia Cię całą
swą miłością, jak wolno Cię do swego serca przytula,
Jej oddech powoli osusza Twe łzy, to Twoja Matula.

Zna wszystkie Twoje problemy, cierpienia i znoje,
czujesz Ją? Ona jest ze wszystkimi, Wy jesteście we dwoje.
Czujesz Jej rytm serca? Widzisz Ją przez zamknięte powieki?
Widzisz, Ona chce zostać z Tobą na wieki.

Ona jest z Tobą wszędzie, jest o każdej porze,
jest w Twoim sercu, w domu i na dworze,
uśmiecha się do Ciebie ustami bawiących się dzieci,
mówi szumem fal, szmerem strumyka, ćwierkaniem ptaka co w powietrzu leci.

Otacza Cię zewsząd jak bezkresne morze, woła krzykiem mew,
zapewnia o swej miłości szumem koron górskich drzew.
Ona jest wszędzie, czujesz Ją w zapachu wonnych róż,
jest z Tobą cały czas i w dzień i jak nocny stróż.

Więc uśmiechnij się do Niej, powierz Jej swe troski,
Ona Pośredniczką, zaniesie je przed tron synowski
i uprosi dla Ciebie miłosierdzie Pana
by Jego i Twoja Matka nie była smutna, zatroskana.

Andrzej Prokop